niedziela, 29 czerwca 2014

Co amerykanie wiedzą o Polsce, co my wiemy o Amerykanach

Zaskoczyło mnie, ilu Amerykanów zdaje sobie sprawę z istnienia Polski na mapie świata. I to nawet nie tyle samego istnienia, co niektórzy sami u nas byli, mają znajomych, którzy u nas byli, do tego wszystkiego pamiętając nawet nazwę miasta (w 90% przypadków jest to Kraków), to że u nas są góry (zaczynąjące sie na "T", eeee.... Tatry?). W pracy noszę plakietkę z imieniem i nazwą kraju, przez co często zdarza mi sie być zagadywaną o Polskę. W sumie nigdy nie czułam że jakaś ze mnie specjalna patriotka, ale jak się okazuje, czlowiek ma okazję się sprawdzić w nowych warunkach, odkrywając w sobie pewien stopień tożsamości narodowej. 

Co Amerykanie o nas wiedzą?
Smute i stereotypowe, ale wiedzą przede wszystkim że wszyscy jesteśmy chrześcijańskimi tradycjonalistami. Znają trochę historii (to wy zawsze mieliście problem z jednej strony z Rosją, z drugiej z Niemcami, nie?), słyszeli o komuniźmie (jak to nie było pomarańczy w sklepach?). Generalnie, nic co udało mi się wyciągnąć z kilku rozmów, jakoś specjalnie pozytywne nie było. No- poza tym, że słyszeli że Polacy są pracowici. 

Jako że żadna ze mnie tradycjonalistka i chrześcijanka, próbowałam dociec przyczyny sytuacji. Świecąc żywym dowodem, że wcale sterotypowo nie jest, przynajmniej w kontekście młodego pokolenia. Komunizm owszem, był, ale dwadzieścia kilka lat temu. Za mojego życia gospodarka wolonrynkowa, a tu cały czas na świecie myślą że w Polsce KIEDYŚ były puste sklepy. Bez sensu. Zwłaszcza boleśnie wygląda to w konfrontacji z opiniami na temat Węgier, które cieszą się niesłychaną sławą kraju mlekiem i miodem płynącego. No serio, Węgry? A jednak 4/5 Amerykanów chętnie zebrałoby manatki i przeniosło się do Węgier. W tym momencie już naprawdę zaczęłam sie zastanawiać, co sprawia, że opinie na temat Polski są takie... krótko mówiąc- słabe. Czy trochę nie prowokujemy tego sami? Po przyjeździe miałam przez pewien czas problem z odpowiedzią na standardowe pytanie zadawane podczas każdego powitania: How are you? Zupełnie naturalnie cisnęło mi się na usta "oh, good, but....". Mimo, że ci co mnie znają, widzą że wcale smutasem nie jestem, jakoś zawsze pojawia się to "ale". Niby wszystko dobrze, ale po co sie tak chwalić skoro jest się: (tu cała lista) zmęczonym, zapracowanym, zabieganym, nie ma się w co ubrać, whatever. I tu kryje się odpowiedź na wcześniejsze pytanie. Mentalność europejska zaprogramowała nas tak, żeby narzekać. Nie, żeby być szczerym. Jest fatalnie więc powiem że jest fatalnie. Ale kogo to naprawdę obchodzi? Stąd też, kiedy pytają nas- jak tam w Polsce, na początku pada szereg narzekań, a potem: ale, w sumie to aż tak źle to nie jest. No serio? Właśnie sama dałam się na to złapać. Ale tylko raz! 

Co my wiemy o Amerykanach?
Są grubi, nigdzie nie podróżują, nie znają żadnych języków, są przyjaźni, mają ogromne samochody ale nie powinno się z nimi jeździć stopem. Żadne stereotypy tym razem- czysta prawda, potwierdzona przez samych Amerykanów. Ludzie w Walmarcie serio jeżdżą na tych śmiesznych wózeczko-dźwigach, najmniejsze mleko jakie można kupić waży 2 galony, a pick upy na hotelowym podjeździe przyprawiają mnie o zawrót głowy. Poza tym mają mnóstwo pól golfowych, i naprawdę znają się na każdym sporcie. Na imprezach grają w beer ponga i piją z czerwonych kubeczków. Nigdy w życiu nie słyszeli o tym, że do herbaty można dodać mleka i nazywa się to bawarka (serio? to takie dziwne...)

Za to podczas jedzenia lunchu można spotkać kombatanta wojennego, który na wieść, że jesteś z Polski, uśmiechnie się i z amerykańskim akcentem i błyskiem w oku powie: "Jeszcze Polska nie zginęła!" Opadła mi szczęka. Poważnie. Czuję, że ci Amerykanie jeszcze nie raz mnie zaskoczą...







wtorek, 10 czerwca 2014

Get lucky

Wspominany w pierwszym poście wyjazd do Stanów stał się faktem. Mniej więcej od poniedziałku mogę już mówić o rozpoczęciu  ponad trzymiesięcznej przygody za oceanem. Podczas pakowania marzyłam o przeniesieniu się w czasie. Półzasypiając na niewygodnym samolotowym siedzeniu chciałam jak najszybciej znaleźć się już na miejscu. Teraz jednak, siedząc w wygodnym hotelowym łóżku, myślę o tym, że dobrze, jeśli podróż to nie tylko wycinek wydarzeń, w którym pomija się etap dojeżdżania do celu. Dlaczego?
5 powodów dla których będę dobrze wspominać niewygodną i długą podróż do USA:

1)Podróżując z Warszawy do Amsterdamu można przypadkowo trafić na pisarza, który właśnie wydaje swoją pierwszą książkę. Mój towarzysz to Bob Stegner, a jego książka pt. "Rooms" właśnie trafiła na Amazona, gdzie możecie ją sobie poczytać za free. Strasznie lubię takie przypadkowe znajomości z przypadkowymi, ale ciekawymi ludźmi. Opowiedział mi, jak z jego perspektywy wygląda praca pisarza. Podziwiam, bo sama nie byłabym w stanie narzucić sobie twardych godzin, gdyby mnie nikt nie sprawdzał. "Rooms" to powieść fantastyczna, którą zobowiązałam się przeczytać, mimo jakiegoś specjalnego zapału do tego gatunku literatury. Zastanawialiście się kiedyś, jak trudne jest przeniesienie tego, co podsunęła nam wyobraźnia, na grunt zrozumiały dla innych ludzi? Ja zawsze mam ten problem ze snami. Szapo bas jeśli ktoś potrafi to zrobić.

2)Obłąkane spojrzenia zmęczonych ludzi. Obojętnie, jak dobrze nie wyglądali wcześniej- każdy ma ten sam zmęczony, sponiewierany wyraz twarzy. Wszyscy nagle tracą bariery grzeczności i dystansu, i zwyczajnie zasypiają na piersi sąsiada. Za każdym razem, kiedy wstawałam z samolotowego fotela, udawało mi się znaleźć co namniej jeden przypadek wygalantowanego pana ze ściekającą ślinką z ust. Mega śmieszne.

3) Zlot małych Dalajlamów w Bostonie. Mimo 30 stopni Celsjusza wszyscy biegali w pomarańczowych szatach i skarpetkach. I mieli smrtfony.

3) Można zgubić swój telefon na lotnisku w Bostonie, a potem zagadnąć przypadkową osobę i okazuje się, że to właśnie ona go znalazła i z chęcią poprowadzi  się do punktu odbioru rzeczy znalezionych. Z szerokim uśmiechem. Takie amerykańskie, ale już zaczyna mi przeszkadzać, kiedy ludzie się krzywią, zamiast potraktować Cię miło. Uwielbiam, uwielbiam i doceniam!

4) Pamiętacie stare wiadomości z Mariuszem Maxem Kolonko nadającym z Boston, Massachussetts? Byłam w stanie je rozpoznać w pierwszej sekundzie, dzięki specyficznemu filtrowi, który był nakładany na taśmę filmową. Przez to myślałam że Ameryka jest żółto- pomarańczowa i wiecznie zakurzona. Zgadnijcie, na co czekałam po wyjściu z Bostońskiego lotniska? Niestety, powietrze tu takie samo jak wszędzie.



5) Wszyscy umierają ze zmęczenia, a krajobraz za oknem od godziny zupełnie się nie zmienia. Góry, góry, las, góry. W pewnym momencie tych gór pojawia się Mount Washington Hotel.












Jest piękny, serio.



A, jest i szósty powód- wybieranie piosenek najlepszych do lądowania na amerykańskiej ziemi. 8 min nerwowego przeglądania playlisty oferowanej przez linie lotnicze. Co w końcu poszło? "Get lucky" Daft Punku. Mam nadzieję, że prorocze, bo od jutra sprawdzam się w zawodzie kelnera!