Wspominany w pierwszym poście wyjazd do Stanów stał się faktem. Mniej więcej od poniedziałku mogę już mówić o rozpoczęciu ponad trzymiesięcznej przygody za oceanem. Podczas pakowania marzyłam o przeniesieniu się w czasie. Półzasypiając na niewygodnym samolotowym siedzeniu chciałam jak najszybciej znaleźć się już na miejscu. Teraz jednak, siedząc w wygodnym hotelowym łóżku, myślę o tym, że dobrze, jeśli podróż to nie tylko wycinek wydarzeń, w którym pomija się etap dojeżdżania do celu. Dlaczego?
5 powodów dla których będę dobrze wspominać niewygodną i długą podróż do USA:
1)Podróżując z Warszawy do Amsterdamu można przypadkowo trafić na pisarza, który właśnie wydaje swoją pierwszą książkę. Mój towarzysz to Bob Stegner, a jego książka pt. "Rooms" właśnie trafiła na Amazona, gdzie możecie ją sobie poczytać za free. Strasznie lubię takie przypadkowe znajomości z przypadkowymi, ale ciekawymi ludźmi. Opowiedział mi, jak z jego perspektywy wygląda praca pisarza. Podziwiam, bo sama nie byłabym w stanie narzucić sobie twardych godzin, gdyby mnie nikt nie sprawdzał. "Rooms" to powieść fantastyczna, którą zobowiązałam się przeczytać, mimo jakiegoś specjalnego zapału do tego gatunku literatury. Zastanawialiście się kiedyś, jak trudne jest przeniesienie tego, co podsunęła nam wyobraźnia, na grunt zrozumiały dla innych ludzi? Ja zawsze mam ten problem ze snami. Szapo bas jeśli ktoś potrafi to zrobić.
2)Obłąkane spojrzenia zmęczonych ludzi. Obojętnie, jak dobrze nie wyglądali wcześniej- każdy ma ten sam zmęczony, sponiewierany wyraz twarzy. Wszyscy nagle tracą bariery grzeczności i dystansu, i zwyczajnie zasypiają na piersi sąsiada. Za każdym razem, kiedy wstawałam z samolotowego fotela, udawało mi się znaleźć co namniej jeden przypadek wygalantowanego pana ze ściekającą ślinką z ust. Mega śmieszne.
3) Zlot małych Dalajlamów w Bostonie. Mimo 30 stopni Celsjusza wszyscy biegali w pomarańczowych szatach i skarpetkach. I mieli smrtfony.
3) Można zgubić swój telefon na lotnisku w Bostonie, a potem zagadnąć przypadkową osobę i okazuje się, że to właśnie ona go znalazła i z chęcią poprowadzi się do punktu odbioru rzeczy znalezionych. Z szerokim uśmiechem. Takie amerykańskie, ale już zaczyna mi przeszkadzać, kiedy ludzie się krzywią, zamiast potraktować Cię miło. Uwielbiam, uwielbiam i doceniam!
4) Pamiętacie stare wiadomości z Mariuszem Maxem Kolonko nadającym z Boston, Massachussetts? Byłam w stanie je rozpoznać w pierwszej sekundzie, dzięki specyficznemu filtrowi, który był nakładany na taśmę filmową. Przez to myślałam że Ameryka jest żółto- pomarańczowa i wiecznie zakurzona. Zgadnijcie, na co czekałam po wyjściu z Bostońskiego lotniska? Niestety, powietrze tu takie samo jak wszędzie.
5) Wszyscy umierają ze zmęczenia, a krajobraz za oknem od godziny zupełnie się nie zmienia. Góry, góry, las, góry. W pewnym momencie tych gór pojawia się Mount Washington Hotel.

Jest piękny, serio.
A, jest i szósty powód- wybieranie piosenek najlepszych do lądowania na amerykańskiej ziemi. 8 min nerwowego przeglądania playlisty oferowanej przez linie lotnicze. Co w końcu poszło? "Get lucky" Daft Punku. Mam nadzieję, że prorocze, bo od jutra sprawdzam się w zawodzie kelnera!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz