niedziela, 29 czerwca 2014

Co amerykanie wiedzą o Polsce, co my wiemy o Amerykanach

Zaskoczyło mnie, ilu Amerykanów zdaje sobie sprawę z istnienia Polski na mapie świata. I to nawet nie tyle samego istnienia, co niektórzy sami u nas byli, mają znajomych, którzy u nas byli, do tego wszystkiego pamiętając nawet nazwę miasta (w 90% przypadków jest to Kraków), to że u nas są góry (zaczynąjące sie na "T", eeee.... Tatry?). W pracy noszę plakietkę z imieniem i nazwą kraju, przez co często zdarza mi sie być zagadywaną o Polskę. W sumie nigdy nie czułam że jakaś ze mnie specjalna patriotka, ale jak się okazuje, czlowiek ma okazję się sprawdzić w nowych warunkach, odkrywając w sobie pewien stopień tożsamości narodowej. 

Co Amerykanie o nas wiedzą?
Smute i stereotypowe, ale wiedzą przede wszystkim że wszyscy jesteśmy chrześcijańskimi tradycjonalistami. Znają trochę historii (to wy zawsze mieliście problem z jednej strony z Rosją, z drugiej z Niemcami, nie?), słyszeli o komuniźmie (jak to nie było pomarańczy w sklepach?). Generalnie, nic co udało mi się wyciągnąć z kilku rozmów, jakoś specjalnie pozytywne nie było. No- poza tym, że słyszeli że Polacy są pracowici. 

Jako że żadna ze mnie tradycjonalistka i chrześcijanka, próbowałam dociec przyczyny sytuacji. Świecąc żywym dowodem, że wcale sterotypowo nie jest, przynajmniej w kontekście młodego pokolenia. Komunizm owszem, był, ale dwadzieścia kilka lat temu. Za mojego życia gospodarka wolonrynkowa, a tu cały czas na świecie myślą że w Polsce KIEDYŚ były puste sklepy. Bez sensu. Zwłaszcza boleśnie wygląda to w konfrontacji z opiniami na temat Węgier, które cieszą się niesłychaną sławą kraju mlekiem i miodem płynącego. No serio, Węgry? A jednak 4/5 Amerykanów chętnie zebrałoby manatki i przeniosło się do Węgier. W tym momencie już naprawdę zaczęłam sie zastanawiać, co sprawia, że opinie na temat Polski są takie... krótko mówiąc- słabe. Czy trochę nie prowokujemy tego sami? Po przyjeździe miałam przez pewien czas problem z odpowiedzią na standardowe pytanie zadawane podczas każdego powitania: How are you? Zupełnie naturalnie cisnęło mi się na usta "oh, good, but....". Mimo, że ci co mnie znają, widzą że wcale smutasem nie jestem, jakoś zawsze pojawia się to "ale". Niby wszystko dobrze, ale po co sie tak chwalić skoro jest się: (tu cała lista) zmęczonym, zapracowanym, zabieganym, nie ma się w co ubrać, whatever. I tu kryje się odpowiedź na wcześniejsze pytanie. Mentalność europejska zaprogramowała nas tak, żeby narzekać. Nie, żeby być szczerym. Jest fatalnie więc powiem że jest fatalnie. Ale kogo to naprawdę obchodzi? Stąd też, kiedy pytają nas- jak tam w Polsce, na początku pada szereg narzekań, a potem: ale, w sumie to aż tak źle to nie jest. No serio? Właśnie sama dałam się na to złapać. Ale tylko raz! 

Co my wiemy o Amerykanach?
Są grubi, nigdzie nie podróżują, nie znają żadnych języków, są przyjaźni, mają ogromne samochody ale nie powinno się z nimi jeździć stopem. Żadne stereotypy tym razem- czysta prawda, potwierdzona przez samych Amerykanów. Ludzie w Walmarcie serio jeżdżą na tych śmiesznych wózeczko-dźwigach, najmniejsze mleko jakie można kupić waży 2 galony, a pick upy na hotelowym podjeździe przyprawiają mnie o zawrót głowy. Poza tym mają mnóstwo pól golfowych, i naprawdę znają się na każdym sporcie. Na imprezach grają w beer ponga i piją z czerwonych kubeczków. Nigdy w życiu nie słyszeli o tym, że do herbaty można dodać mleka i nazywa się to bawarka (serio? to takie dziwne...)

Za to podczas jedzenia lunchu można spotkać kombatanta wojennego, który na wieść, że jesteś z Polski, uśmiechnie się i z amerykańskim akcentem i błyskiem w oku powie: "Jeszcze Polska nie zginęła!" Opadła mi szczęka. Poważnie. Czuję, że ci Amerykanie jeszcze nie raz mnie zaskoczą...







wtorek, 10 czerwca 2014

Get lucky

Wspominany w pierwszym poście wyjazd do Stanów stał się faktem. Mniej więcej od poniedziałku mogę już mówić o rozpoczęciu  ponad trzymiesięcznej przygody za oceanem. Podczas pakowania marzyłam o przeniesieniu się w czasie. Półzasypiając na niewygodnym samolotowym siedzeniu chciałam jak najszybciej znaleźć się już na miejscu. Teraz jednak, siedząc w wygodnym hotelowym łóżku, myślę o tym, że dobrze, jeśli podróż to nie tylko wycinek wydarzeń, w którym pomija się etap dojeżdżania do celu. Dlaczego?
5 powodów dla których będę dobrze wspominać niewygodną i długą podróż do USA:

1)Podróżując z Warszawy do Amsterdamu można przypadkowo trafić na pisarza, który właśnie wydaje swoją pierwszą książkę. Mój towarzysz to Bob Stegner, a jego książka pt. "Rooms" właśnie trafiła na Amazona, gdzie możecie ją sobie poczytać za free. Strasznie lubię takie przypadkowe znajomości z przypadkowymi, ale ciekawymi ludźmi. Opowiedział mi, jak z jego perspektywy wygląda praca pisarza. Podziwiam, bo sama nie byłabym w stanie narzucić sobie twardych godzin, gdyby mnie nikt nie sprawdzał. "Rooms" to powieść fantastyczna, którą zobowiązałam się przeczytać, mimo jakiegoś specjalnego zapału do tego gatunku literatury. Zastanawialiście się kiedyś, jak trudne jest przeniesienie tego, co podsunęła nam wyobraźnia, na grunt zrozumiały dla innych ludzi? Ja zawsze mam ten problem ze snami. Szapo bas jeśli ktoś potrafi to zrobić.

2)Obłąkane spojrzenia zmęczonych ludzi. Obojętnie, jak dobrze nie wyglądali wcześniej- każdy ma ten sam zmęczony, sponiewierany wyraz twarzy. Wszyscy nagle tracą bariery grzeczności i dystansu, i zwyczajnie zasypiają na piersi sąsiada. Za każdym razem, kiedy wstawałam z samolotowego fotela, udawało mi się znaleźć co namniej jeden przypadek wygalantowanego pana ze ściekającą ślinką z ust. Mega śmieszne.

3) Zlot małych Dalajlamów w Bostonie. Mimo 30 stopni Celsjusza wszyscy biegali w pomarańczowych szatach i skarpetkach. I mieli smrtfony.

3) Można zgubić swój telefon na lotnisku w Bostonie, a potem zagadnąć przypadkową osobę i okazuje się, że to właśnie ona go znalazła i z chęcią poprowadzi  się do punktu odbioru rzeczy znalezionych. Z szerokim uśmiechem. Takie amerykańskie, ale już zaczyna mi przeszkadzać, kiedy ludzie się krzywią, zamiast potraktować Cię miło. Uwielbiam, uwielbiam i doceniam!

4) Pamiętacie stare wiadomości z Mariuszem Maxem Kolonko nadającym z Boston, Massachussetts? Byłam w stanie je rozpoznać w pierwszej sekundzie, dzięki specyficznemu filtrowi, który był nakładany na taśmę filmową. Przez to myślałam że Ameryka jest żółto- pomarańczowa i wiecznie zakurzona. Zgadnijcie, na co czekałam po wyjściu z Bostońskiego lotniska? Niestety, powietrze tu takie samo jak wszędzie.



5) Wszyscy umierają ze zmęczenia, a krajobraz za oknem od godziny zupełnie się nie zmienia. Góry, góry, las, góry. W pewnym momencie tych gór pojawia się Mount Washington Hotel.












Jest piękny, serio.



A, jest i szósty powód- wybieranie piosenek najlepszych do lądowania na amerykańskiej ziemi. 8 min nerwowego przeglądania playlisty oferowanej przez linie lotnicze. Co w końcu poszło? "Get lucky" Daft Punku. Mam nadzieję, że prorocze, bo od jutra sprawdzam się w zawodzie kelnera!



niedziela, 13 kwietnia 2014

Save Money. Live better.

Mówi się, że przeciętny człowiek kilka razy w życiu wpada na pomysł, który ma potencjał stać się wielkim biznesem. Wystarczy wyczuć odpowiedni moment i przystąpić do realizacji, by po kilku latach świętować z butelką szampana i osiąść z całą rodziną na Karaibach. Pytanie, jak to zrobić? Tym razem głównym bohaterem przypowiastki „jak zostać bogatym” nie będzie Steve Jobs ani Mark Zuckerberg. Nazwisko to nie jest pospolicie powtarzane jako przykład wybitnej osobowości i niesamowitego talentu. Jego firma nie sprzedaje towarów drogich ani luksusowych, które swoją marką rzucają na kolana.  Klientem może zostać każdy, zwłaszcza jeśli nie posiada zasobnego portfela. Przyjrzyjmy się  z bliska Samowi Waltonowi, i firmie którą wymyślił,  gigantowi na rynku amerykańskim-  sieci sklepów Walmart.

Niemal każdy pasjonujący życiorys rozpoczyna się zgrzytem w dzieciństwie. Dzieciństwo Sama to obraz rodem wyjęty z powieści Steinbecka: czasy Wielkiego Kryzysu, ojciec pracujący jako egzekutor długów, sprzedaż mleka z jedynej krowy, która utrzymuje rodzinę. Walton w dorosłym życiu często wspomina te chwile, co ma dać  wyraz zrozumieniu ubogich i umiejętności patrzenia na życie z ich perspektywy. Idea trafienia do najuboższego Amerykanina przyświeca Walmartowi od początku powstania. Pierwszy sklep założony został w 1962 r. w Bentonville w stanie Arkansas. Pierwsze lata istnienia firmy  zostały praktycznie niedostrzeżone na rynku amerykańskim. Niewielki sklepik rozrastał się tworząc  filie w małych i średnich miastach. Największe firmy miały lokalizacje na wybrzeżach, i stamtąd czerpały ogromne zyski, Walmart pozostawał więc pozornie na ich uboczu. Dziś  ma rozmiary hiperkorporacji która sama dyktuje ceny swoim dostawcom a gdyby jego zyski porównać do gospodarek państw- uplasowałby się na 17 miejscu na świecie.
KTO JEST DLA NAS NUMEREM 1? KLIENT!
Główną ideą jest wspomniana już misja dostarczenia lepszych i tańszych produktów do najbiedniejszych mieszkańców środkowych Stanów Zjednoczonych. Na obecny wygląd firmy niebagatelny wpływ ma także podglądanie konkurencji i czerpanie wzorów zastosowanych przez inne przedsiębiorstwa (np. Carrefoura, który łączył sprzedaż żywności ze sprzedażą artykułów przemysłowych). Walton obsesyjnie wysyłał swoich pracowników do konkurencji, oczekując potem raportu. „Inspiracje” czerpał także podczas podróży. Z Korei Południowej podpatrzył np. hasła motywacyjne, skandowane rano każdego dnia pracy ( „Kto jest dla nas numerem 1? Klient!”) Oczywiście od razu po powrocie postanowił wprowadzić to we własnej firmie.  Oprócz tego każdy pracownik jest tu nazywany „wspólnikiem” albo „współpracodawcą”- co ma podnieść morale i podkreślić ideał wspólnoty. Jakże ważny czynnik psychologiczny podczas kolektywnego budowania potęgi.
KLASA EKONOMICZNA
Walmart to geniusz w dziedzinie logistyki i planowana sprzedaży, od którego uczyć się powinny inne firmy. Według statystyk 90 % Amerykanów mieszka w odległości 15 min od najbliższego Walmarta.  To dystans mniejszy niż na dowolnie wybraną stację benzynową. Firma posiada także największą na świecie sieć satelitów, dzięki czemu do bazy centralnej w Bentonville wszystkie wiadomości docierają w krócej niż godzinę. Na bieżąco tworzone są statystyki, które pozwalają ocenić wielkość sprzedaży w zależności od pogody czy pory dnia. Ustalono np. że w czasie różnych anomalii pogodowych czy kataklizmów, najlepiej sprzedają się mopy, wiadra i pokarm dla niemowląt. Dzięki specjalnie opracowanym algorytmom komputery są w stanie obliczyć o ile więcej dołożyć tych towarów na półkę. Dzięki prowadzonym statystykom wiadomo także, że konsumenci w Houston (w stanie Teksas) rano chętniej kupują pokarm dla kotów o smaku tuńczyka, a wieczorem- krewetkowy. Zmniejszane są w ten sposób koszty transportu i przechowywania produktów. Ogrzewanie w sklepach także jest kalkulowane. Jak łatwo się domyśleć, nie chodzi wcale o komfort klienta, tylko o niepotrzebne marnotrawienie energii. Polityka taka prowadzi rocznie do milionowych oszczędności- na zupełnie banalnych kwestiach. Sam właściciel był zresztą osobą szalenie oszczędną, latał tylko klasą ekonomiczną, jeździł starą ciężarówką a ubierał się w… Walmarcie. Miał bardzo purytańskie podejście do życia: potrafił zablokować awans swojego podwładnego gdy ten jeździł zbyt drogim samochodem.
GŁOSUJ NA „NIE”

Głośnym echem w opinii publicznej odbił się film „The high cost of low price” z 2005 r. Pokazuje on kolosa na glinianych nogach, który z jednej strony monopolizuje rynek i zatrudnia całe rzesze ludzi, z drugiej – wszystkie koszty przerzuca na swoich pracowników. Zarobki przeciętnego „współpracownika” są tu bardzo niskie, wynosząc ok. 9,64 $ za godzinę. Firma nie gwarantuje także powszechnego ubezpieczenia ( co jest normą dla większości korporacji). Możliwość otrzymania takiego ubezpieczenia oczywiście istnieje, ale w praktyce i tak zastępuje się je ubezpieczeniami rządowymi i prywatnymi. Ubezpieczeniami objęte są oczywiście pojedyncze osoby, nie ma mowy o zapewnieniu ich całym rodzinom. Bardzo wiele mówi się także o łamaniu praw pracownika. Najczęściej nagłaśniane sprawy związane były z nielegalnym zatrudnianiem imigrantów, wykorzystywaniu do pracy niepełnoletnich i zamykaniu pracowników w sklepach po nocnej zmianie. Niechlubną sławą owiane jest także walka ze związkami zawodowymi. Aby powołać taki związek, musi odbyć się otwarte głosowanie, w którym każdy pracownik ma szansę wyrazić własną opinię i potrzebę powstania organizacji chroniącej jego prawa. Polityka firmy jest przygotowana na taką ewentualność. Specjalnie zatrudniany sztab przekonuje pracowników, że Walmart to dobry ojciec, który prowadzi politykę otwartych drzwi i nie ma potrzeby powoływania związków zawodowych. Szansę dotarcia bezpośrednio do prezesa ma bowiem w teorii każdy. Kiedy perswazja i rozdawanie plakietek „głosuj na nie” nie pomaga, w ekspresowym tempie zatrudniane jest kilkuset nowych pracowników. Ich głosy wliczają się w  Tych już łatwiej przekonać do „poprawnego” głosowania. W ten sposób głosy sprzeciwu wobec niesprawiedliwego traktowania są słabo słyszalne. Do załogi Walmartu dołączają wciąż nowi ludzie, budując potęgę marki. W którą stronę zmierza Walmart? Przede wszystkim próbuje odzyskać dobry wizerunek, nie tracąc jednocześnie na szybkości rozwoju. Przejął już pałeczkę po General Motors jako najbardziej wpływowa amerykańska firma. Od polityki jaką stosowało GM różni go prawie wszystko. Ale być może to jest właśnie kierunek, jaki obiera obecny rynek amerykański

sobota, 8 marca 2014

Chicagoland

Od ubiegłego czwartku CNN transmituje nowy serial z rodzaju "mini tv series"- Chicagoland. Osiem godzinnych odcinków nagrywanych przez osiem miesięcy 2013r. O czym będzie? O Chicago, z perspektywy problemów, z jakimi zderza się to miasto.  Oprócz znanego miasta jest też znane nazwisko- Roberta Redforda w roli producenta serialu.


Chicagoland to dokument  zrealizowany w dość niekonwencjonalny sposób. Mamy głównego bohatera, czyli burmistrza Rahm Emanuela. Jego kontrowersyjna postać, w stylu "love him or hate him",  towarzyszyć nam będzie przez siedem kolejnych czwartkowych wieczorów. Zobaczymy go w różnych sytuacjach. Burmistrz na prywatnym spotkaniu, burmistrz z byłą gwiazdą NBA Isaiahem Tomasem na meczu juniorów, burmistrz podczas przejażdżki samochodem, burmistrz na konferencji prasowej, burmistrz przeklina, burmistrz bez koszulki. Wszystkie oblicza Rahma Emanuela, pokazane bez cenzury ( i podobno) bez gotowego scenariusza, co samo w sobie gwarantuje niezłe emocje. Oprócz tego przez ekran przewijać się będą zwykłe sąsiedzkie konflikty, wojny ulicznych gangów oraz problemy w szkołach publicznych. Czyli esencja wszystkiego, co trapi Chicago...jak i każde inne amerykańskie miasto. Odnosząc się do wypowiedzi twórców serialu, Chicago to całe Stany Zjednoczone w mikroskali. Wszystko to, co dzieje się w tym mieście, uważane jest także za kierunek w którym zmierza cały kraj. 


Jak już wspomniałam ,serial powstawał w ubiegłym roku, a jego reżyserami jest dwóch panów o imieniu Marc: Marc Levin i Marc Benjamin. Byli w tym mieście wiele razy, zatem sami dobrze je znają. Pomysly na kolejne historie, czyli co kręcić, z kim się spotkać, podsuwali im przyjaciele, oraz przyjaciele przyjaciół. Duża  grupa społeczności lokalnej, która chciała pokazać swoje miasto, z wielu perspektyw. Na tysiąc godzin taśm złożyły się więc relacje z koncertów, strajki przed zamykanymi szkołami, codzienne sytuacje w szpitalnych oddziałach ratunkowych. Sceny które potrafią wzruszyć, zafascynować albo sfrustrować
Premiera serialu miała swoje miejsce już jakiś czas temu- 19 stycznia podczas Sundance Festival, i spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem. Od 6 marca Chicagoland pokazywany jest w CNN. Wbrew pozorom, o serialu nie można powiedzieć, że jest to bezlitosna krytyka miasta. Opowiada wiele historii z nagłówków gazet, ale pokazuje także te przemilczane, niewystarczająco spektakularne i dotyczące małej grupki zwykłych ludzi. Mark Konkol uznał ten serial za nową erę dziennikarstwa, własnie ze względu na typ opowiadanych historii. Są one  wycinkiem z codziennej rozmowy, kiedy mówi się o rzeczach ważnych, z punktu widzenia całego społeczeństwa, a przeplata je osobistymi historiami. Nietracącymi przecież w żadnym momencie na znaczeniu. Super, że znalazł się ktoś, kto ma nowatorskie podejście do dokumentu. Super że ten dokument można oglądać trochę jak operę mydlaną a trochę jak źródło do nauki. Dołączam do zachwyconych głosów i zdecydowanie polecam.






poniedziałek, 3 marca 2014

#Oscars2014

Oscarowa noc już za nami, emocje powoli opadają, niewyspanie daje się we znaki. Kiedy siadam do pisania tego posta, w Hollywood pewnie jeszcze się bawią. Tegoroczna gala była wyjątkowo głośna, nie tylko ze względu na dobór filmów (co zaraz wyjaśnię), ale także z powodu charyzmy prowadzącej-Ellen DeGeneres. Samo rozdanie nagród potrwało strasznie długo, bo do  6:05 czasu polskiego. Mimo opadających powiek udało mi się obejrzeć całość, a muszę przyznać że nie było to najłatwiejsze wyzwanie. Wyników Oscarów nie mam zamiaru obwieszczać, bo słyszeli o nich zapewne wszyscy. Ci, którzy nie słyszeli klikną sobie tutaj.

Galę zdecydowanie wygrały 3 postacie:

1) Lupita Nynong'o- nominowania w kategorii aktorka drugoplanowa ("12 years a Slave"). Zupełne zaskoczenie, ze względu na dwie poważne konkurentki : Jeniffer Lawrence oraz Julię Roberts. O Lupicie nigdy wcześniej nie słyszałam, i słusznie, bo to zaledwie drugi film z jej udziałem. Oprócz umiejętności szybkiego robienia kariery, pogratulować jej można także młodego wyglądu. 31 lat moi drodzy, wygląda na 15. Jeśli to sekret Meksyku ( z którego pochodzi), to hasta la vista! ( już mnie nie ma, pocztą prześlę pozdrowienia).

2) Leonardo DiCaprio. Przewrotne zwycięstwo, bo jak wiemy, Oscara nie dostał. Śmiało można powiedzieć że to o nim najwięcej się mówiło, zarówno przed, jak i po gali. Memów i gifów z udziałem Leonardo i jego nieistniejącego Oscara namnożyło się w internecie zdecydowanie za dużo, powstrzymuję się zatem od ich publikowania. Sam aktor ma do powiedzenia jedno:

Oscars 214
;_____;
3) Ellen DeGeneres- prowadząca Ellen DeGeneres Show w roli gospodarza imprezy. Zrobiła z pompatycznego wydarzenia niezłe show, twittowała bezpośrednio ze seny opowiadała śmieszne żarty a na koniec zamówiła pizzę. Poniżej trailer z przygotowań do gali.



W latach 80. Ellen była jeszcze mało znaną stand-uperką, która jeździła po całych Stanach i opowiadała żarty w przydrożnych knajpach. Żarty się jednak skończyły, kiedy zaproponowano jej pracę w serialu o tytule ( i tu zaskoczenie) Ellen. Można śmiało powiedzieć że grała tam samą siebie, bo kiedy kilka lat później oficjalnie przyznała się do orientacji homoseksualnej, jej serialowa postać zrobiła to samo. Nie były to jeszcze Stany Zjednoczone, w których wypada  być innej orientacji. Ellen wywołała obyczajowy skandal, przez co jej kariera zawisła na włosku. Osobisty urok wygrał jednak z niepopularnymi ówcześnie poglądami. Serial zdjęto z anteny, a pani DeGeneres rozpoczęła działalność na własną rękę. W swoim autorskim programie zdążyła już niejednokrotnie udowodnić że jej osoba wcale nie jest płytką skandalistką.



O przegranych źle się nie mówi, dlatego na koniec zaledwie kilka zdań o moich największych rozczarowaniach. Kibicowałam "Wilkowi z Wall Street", Meryl Streep ( którą już podobno nie stać na Oscary) i "Ordinary Love" U2. Smuteczek.


PS W filmiku poniżej, "jak zrobić z siebie gwiazdę wieczoru" w wykonaniu brata Lupity Nyong'o.

wtorek, 18 lutego 2014

Szybki lód,czajnik i miotła - czyli o powstaniu wyjątkowego sportu

sochi
Sochi
SOCHI

Choć lodowce pękają, śnieg topnieje, a temperatury rosną (nie tylko w wyniku niedawno obchodzonych walentynek), igrzyska olimpijskie w pełni.

Igrzyska Olimpijskie
A gdzie? A tutaj.

Pasjonatem sportu (jeszcze) nie zostałam, ale ślepą ignorancją świecić nie chcę, dlatego regularnie zaglądam do tabeli wyników, coby utrzymać się na poziomie podczas towarzyskich rozmów. Dzisiaj jednak postanowiłam nieco zgłębić arcyciekawą dziedzinę sportu jaką jest curling. Sprawdźmy najpierw, co na ten temat sądzi wikipedia.

Kanada


No niesamowite. Czajnik? Szachy? Sport precyzyjny? Opis skojarzył mi się z równie dziwaczna dyscypliną sportu- połączeniu boksu z szachami, kiedy to zawodnicy na przemian okładają się pięściami na ringu, by potem jak gdyby nic zasiąść do partyjki i poprzesuwać zbroczone krwią gońce po planszy. Wszystko w myśl zasady "walki toczą się na ringu, wojny toczą się na planszy". Wyobraźcie sobie, co stało się z moją wyobraźnią, kiedy próbowałam przywołać obraz czajnika na jakiejś wielkiej planszy do gry. Siłą woli nie dorzucając do tego bokserów. Po tym wszystkim w znaczenie słów petanque czy bocce nie chciałam się nawet zagłębiać.

Niemniej jednak raz rozbudzona ciekawość wzięła górę. Czterech zawodników, prostokątna tafla lodu. Sounds like fun. Grę wymyślili Szkoci. Ho ho ho! Do gry używa się szczotek. LOL. To pograne. Szczotki? Myślałam że kompleks męskości szkockiej zatrzymał się na noszeniu spódnic (!) W żadnym wypadku. Szczotki służą do zamiatania lodu przed czajnikiem, dzięki czemu sunie on szybciej i prostuje swój tor. Szczotki początkowo były wykonywane z kukurydzy, przez co niewiele różniły się od tych, wykorzystywanych do sprzątania. Strasznie śmiesznie musiało to wyglądać. Dodajmy do tego jeszcze zwykłe kamienie wyławiane z rzeki i paru zawadiacko ubranych szkockich mężczyzn rzucających do siebie sloganami typu: ej ten lód coś dzisiaj wolny*!

*Wolny i szybki lód- kolejna perełka. Chodzi oczywiście o prędkość przesuwania się po nim czajnika. Tuż przed grą lód obowiązkowo skrapiany jest wodą, która po zamarznięciu tworzy na jego powierzchni kropelki. Powierzchnia lodu musi być bajecznie płaska, bo każda górka zmienia tor sunięcia kamienia. Musi być naprawdę gładko. Ooooo tak:





Tutaj maleńka uwaga no1: nie róbcie tego w domu
Maleńka uwaga no2:  Tak nie wygląda prawdziwy curling. Może szkoda. 

Prawdziwy materiał dotyczący zasad curlingu znajduje się w linku i nagraniu poniżej.




Podobno nazwa sportu pochodzi od szkockiego słówka "curr" czyli ryczeć. Podobno chodzi o odgłos, jaki wydaje sunący po lodzie czajnik. Podobno. 




Jeśli oglądacie tegoroczna olimpiadę, w oczy musiało się rzucić specyficzne zachowanie zawodników. Dobry mecz kolego! Udanej gry! Rzadko kiedy tyle uprzejmości pada na jakimkolwiek boisku. I nie mówię tu tylko o powstrzymywaniu się od okrzyków radości w przypadku popełnienia błędu przez przeciwnika. O nie. Gracze posuwają się nawet do wytykania błędów sobie i swojej drużynie.

(Przytoczona rozmowa jest fikcyjna, ale mogła zdarzyć się naprawdę. Powiedzmy gdzieś w środku zasypanej śniegiem Manitioby.)

-Na pewno popełniłem błąd
-Nie nie nie, to moja drużyna popełniła błąd
-Tak nie może być kolego, punkt dla Was
- Przyjacielu, to niesprawiedliwe, zatrzymajcie punkt dla siebie.

Po przegranym meczu to zwycięska drużyna stawia piwo przegranym, nigdy odwrotnie.

Na kilometr czuć, że Kanadyjczycy maczali w tym palce. To tak bardzo w ich stylu. Curling cieszy się tam największą popularnością, został nawet uznany za oficjalny sport prowincji Saskatchewan. Prężnie działała Montreal Curling Club, a co roku rozgrywane są zawody damskie Scott Tournament of Hearts i męskie- Brier. Na Igrzyska Olimpijskie curling został przywrócony w 1998r., po 74 latach nieobecności. Trzyma się mocno, biorąc pod uwagę, że z powodu złych warunków atmosferycznych odwołano ostatnio w Sochi niemal wszystkie inne zaplanowane konkurencje.

PS Drodzy Polacy, nie martwcie się, w naszym kraju też można pocurlingować, mamy własny tor w miejscowości Pawłowice (jeśli kiedykolwiek będę w okolicy na pewno się tam wybiorę i zdam relację!)


niedziela, 9 lutego 2014

Przeżyjmy to jeszcze raz.

Dokładnie tydzień temu całe Stany Zjednoczone żyły jednym wydarzeniem. Super Bowl to największe nieoficjalne święto narodowe, dorównujące swym rozmachem Thanksgiving. Mistrzostwa futbolu amerykańskiego odbywają się zawsze w niedzielę, dlatego dzień ten nazywany jest także Super Bowl Sunday albo po prostu- Super Sunday. Na mecz czeka dosłownie cały naród, o czym najlepiej świadczy rekord oglądalności, który padł w 2011 r. Przed telewizorami zasiadło wtedy 111 mln ludzi. To nie ściema, moi mili. Żelazny dowód gorączki futbolowej poniżej.



Stany Zjednoczone
Dla wyjaśnienia: statystyki dotyczą wizyt w serwisach porno z dwóch miast, które w tym roku (2014) walczyły ze sobą. Drużyny Denver Broncos vs. Seattle Seahawks. Jak się domyślacie, Seattle wygrało ;)

W tym roku po raz pierwszy oglądałam Super Bowl, przyznaję bez bicia. Jednak w obliczu zbliżającego się meczu, postanowiłam pokonać własną ignorancję i dowiedzieć się co nieco na temat samego futbolu. Nie mam zamiaru przytaczać historii ewolucji piłki nożnej w futbol, ani kosmicznie pokręconych zasad gry. Zostawmy do specjalistom (zwłaszcza temu pierwszemu : >).

Piłka jest jedna, bramki są dwie. Na boisku po 11 zawodników, dwie drużyny. Cel gry: zdobycie jak największej liczby punktów. Główna wygrana: trofeum im. Vince'a Lombardi ( Czemu akurat jego? Był to trener pierwszego zespołu który wygrał w Super Bowl-Green Bay Packers, trolololo). Alternatywny tytuł do uzyskania to MVP (Most Valuable Player), dla najlepiej grającego kolesia. W tym roku był to Malcolm Smith z drużyny Seattle.

Stany Zjednoczone

Sama atmosfera meczu zupełnie nie przypomina tej, która towarzyszy piłce nożnej ( o, ja znawca, myślałby kto). Przewidywania co do wyniku  i sami zawodnicy dostali dokładnie tyle samo uwagi co:

a) Bruno Mars i Red Hot Chilli Peppers, czyli artyści, którzy wystąpili w tym roku.Każdy koncert zwyczajowo trwa zaledwie kilka minut, a i tak kupuje na niego bilety mnóstwo ludzi, a zaproszone gwiazdy sikają ze szczęścia w gacie. Dodatkową atrakcją jest zapewne to, że śpiewają bezpośrednio na murawie. Ot, przerwa, szybkie zejście zawodników, wniesienie sceny. Show must go on. Pojawiły się oczywiście kontrowersje związane z dziwnym zestawieniem tegorocznych zespołów, aczkolwiek moim zdaniem Bruno świetnie dał radę. Od 7 dni jestem w nim tak zakochana, że rozważam nadanie jego imienia swojemu pierworodnemu.




b) Dużo mówiło się o pogodzie. "To takie Polskie"!- można krzyknąć. Prawda jest jednak taka, że zawodnikom w kusych spodenkach nieprzyjemnie biegałoby się w śniegu. Śniegu jednak nie było, choć i o to można było się...
c) ...założyć. Przyjmowano mnóstwo ciekawych zakładów. Oprócz tradycyjnego obstawiania wyniku meczu, można było na przykład założyć się o to, który zespół rozegra jako pierwszy, którego trenera telewizja pokaże zaraz po rozpoczęciu meczu oraz o to, czy Renee Fleming będzie śpiewać hymn w rękawiczkach, czy bez.





Jak widać- bez. Niektórzy, jak pan Floyd Mayweather Jr. trochę za bardzo zaufali swojej intuicji. Przegrał on w zakładach 10 mln $, stawiając na wygraną Denver  Broncos. Tu ciekawostka: dowiedziałam się, że zakłady sportowe to dobra lokata pieniędzy. Jeśli uda nam się wygrać wystarczająco dużo, a nie będziemy chcieli wyciągać od razu pieniędzy ( wysoki podatek od wygranej), mogą stać się one zabezpieczeniem na życie. Żadna skarbówka nie zwęszy małej fortunki, która będzie leżeć i  bezpiecznie na nas czekać na koncie. Człowiek uczy się przez całe życie.

d) Ostatnią sprawą, której zawsze poświęca się uwagę, są reklamy. Gra sama w sobie jest mało dynamiczna, i ciągle są jakieś przerwy, dlatego biznes kręci się w przerwach poświęconych wyświetlaniu reklam. Są one tak drogie, jak tylko można sobie wyobrazić, co bardzo opłaca się telewizji, która transmituje mecz. Oglądałam zestaw reklam z kilku wcześniejszych lat ( są dostępne na yt) i muszę przyznać, że w tym roku były wyjątkowo słabe.



Do obejrzenia w wyjątkowo nudnej, wolnej chwili. Dubi dubi dubi -_-

Super Bowl jest tak komercyjne i tak amerykańskie, że faktycznie można dać się zaczarować. Entuzjaści- specjaliści będą emocjonować się tragicznymi zwrotami akcji, laicy- amatorzy pooglądają niezłe show i reklamy. Pragnę jednak ostudzić emocje tychże  laików, którzy w zachwycie i nagłym porywie serca postanowią zakupić bilet na kolejne rozgrywki. Ceny zaczynają się od 300 tys. $.

Numer konta, na który można dokonać szczodrej  wpłaty to...

trzymajcie się ciepło, bo idzie wiosna

Bajo!

ps1 : a, nie zdradziłam wyniku meczu: 43:8.
auć dla Denver.






niedziela, 2 lutego 2014

Come out, Phil!

Każdy naród ma swojego (ś)wiszcza. W Stanach całkiem dosłownie- ich świszcz, alias świstak to sympatyczne zwierzątko o imieniu Phil, zamieszkujące tereny Punxsutawney PA i zajmujące się dorocznym przepowiadaniem pogody. Dzień świstaka obchodzony jest zarówno w Kanadzie jak i w USA od niepamiętnych czasów. Oczywiście drugiego lutego.
Robota świstaka polega na wyjściu z norki po długim zimowym śnie, aby następnie :
a) zauważyć swój cień i schować się z powrotem
b) nie dostrzec cienia, stanąć w osłupieniu, gapić się na tłumy otaczające norkę i jak frajer dać się złapać.

W praktyce opcja a jest możliwa tylko wtedy kiedy dzień jest słoneczny. Guess what, mogliby tam postawić dowolną rzecz która daje cień. Dowolne 99,999% rzeczy daje cień. Nie żebym insynuowała o zasadności cienia Phila oczywiście.

Jak robi świstak


Na zdjęciu widać tegoroczną gwiazdę sztuki meteorologii , otoczoną elegancko ubranymi panami z tzw. Inner Cycle świstaka. Zwykły śmiertelnik nie może go dotknąć, nie tylko ze względu na brak melonika. Aby dostąpić zaszczytu wyciągania świstaka z norki, należy UWAGA należeć do Klubu Świstaka. (Jeśli chcecie się zapisać/ dostać autograf/ przeprowadzić wywiad zapraszam na tę stronę:  http://www.groundhog.org/). Phil przyjmuje w swoim gabinecie od poniedziałku do piątku, w godzinach od 8:00 do 15:00


Gobblers Knob

A TERAZ SERIO: ten zwierzak ma ogrzewaną elektrycznie norkę. Serio serio.  Nieważne ile razy się pomyli (od 1988 r. podobno 15. Przeliczmy. To daje jakieś 10 trafień. Poważnie. Za to płacą jego rachunki za prąd ?? ) Jest gwiazdą mediów tylko dlatego że raz na rok da się wyciągnąć przez te drzwi.  Co źle zrobiłam w swoim życiu? 

Globbers Knobb

Teraz już naprawdę dosyć żartów. Co roku świstak ma możliwość wypowiedzenia się i robi to najczęściej rymami częstochowskimi, do przepowiedni dorzucając radę ekstra dla narodu amerykańskiego. Tyle się naczekali to niech mają. Tegoroczny wierszyk świstaka, tłumaczony bezpośrednio ze świstakowego (?) przez prezesa Groundhog Club na angielski brzmiał:

"A Super Bowl winner I will not predict,
but my weather forecast you cannot contradict.
Why that's not a football but my shadow I see,
It's six more weeks of winter it must be!"
Żadnych konkretów drodzy fani futbolu amerykańskiego. Wybaczcie. Mimo wszystko wielki szacun dla Phila że przynajmniej siedzi w wiadomościach sportowych i nie przeoczył  daty wielkich mistrzostw. Anyway, skoro zima i tak potrwa, to zainwestujcie przynajmniej w ciepłe gatki ;)

Pomijając wszelkie inne ceregiele, uściski, kwiaty i całusy, chciałabym wspomnieć o paru fajnych akcjach Phila.

  • W czasie prohibicji (1920-1933 ) zagroził przedłużeniem zimy do 60 tygodni, jeśli natychmiast nie pozwolą mu się napić. (to ci żartowniś)
  • W 1981 wyszedł ubrany w żółtą tasiemkę aby uhonorować zakładników amerykańskich przetrzymywanych przez Iran.
  • W 1986  dostąpił zaszczytu audiencji u prezydenta Reagana ( tak bardzo chciałabym znaleźć ich wspólne zdjęcie <333 )
  • Miał także mały epizod w Oprah Winfrey Show 
Ponadto na jego cześć nakręcono film. "Dzień świstaka" z Billem Murrayem i Andie McDowell nie jest może kasową produkcją, aczkolwiek można się na nią natknąć w leniwy sobotni ranek w TVP 2. Po premierze filmu zobaczyć Phila przyjechało 300 000 ludzi. Oby tyle czytało kiedyś mojego bloga

ps1 : jeśli zastanawiacie się jak to możliwe, żeby jeden świstak żył prawie 100 lat- odpowiadam: to nie ten sam, podmieniają je. Ludzie i tak nie widzą różnicy. Świstaki żyją średnio 15-18 lat. W niewoli do 20 (a już zwłaszcza jeśli znajdują się pod opieką państwa, które płaci za ich rachunki)

ps2 : Phil to nie jedyny świstak w Stanach Zjednoczonych. Jest najbardziej sławny, ale każdy stan ma własnego, któremu nadaje imiona, podgrzewa norkę i budzi ze snu drugiego lutego.

ps3 : wspominałam o Super Bowl. Będę oglądać dzisiaj po raz pierwszy, ale zagwarantowałam sobie towarzystwo specjalistów entuzjastów, dlatego mam nadzieję że post z tego wydarzenia będzie dość merytoryczny. W razie co odsyłam na stronę http://nfl24.pl/ , gdzie relacja prowadzona w miarę na żywo. Redaktorom można zaufać, bo siedzą w futbolu amerykańskim po uszy. Zazdro milion, większość nazw klubów nic mi nie mówi. Wszystko jednak do nauczenia, a dziś lekcja numer 1.

Bajo! 





środa, 8 stycznia 2014

Oh, Canada



Popularny sposób spędzania wolnego czasu, czyli wpisywanie w wyszukiwarkę przypadkowego hasła i sprawdzanie sugestii autouzupełniania, stało się także moim zajęciem ostatnich dni. Szukając opinii o Kanadzie i Kanadyjczykach, prawie zapomniałam o  tej,  jakże oczywistej metodzie poszukiwań. Do pisania pracy przystępuję zatem z bagażem wiedzy, której dostarczyło mi Google: 

Kanada jest


A także:


Kanadyjczycy są


Po krótkiej analizie wyników stwierdzam, że Kanada jest wspaniała a jednocześnie nudna, a Kanadyjczycy wredni i dziwni, lecz mili. Ponieważ moim celem jest nijako zgłębienie tego tematu, postaram się dowieść, ile takie opinie mają wspólnego z rzeczywistością, a samej Kanadzie i Kanadyjczykom- (mam nadzieję) zwrócić honor.
1.      Kanada jest nudna.
Przyczyny tego stwierdzenia mogą być dwie:                                     
a)    Kanada jest fatycznie nudna 
b)  o Kanadzie wie się niewiele, i dlatego uważa się ją za nudną.
Opinię tę należy potraktować z pewną dozą wyrozumiałości, ponieważ przy  tak charyzmatycznym sąsiedzie jak Stany Zjednoczone, chyba tylko Rosja nie wypadłaby blado. Association for Canada Studies przeprowadziła ankietę online wśród 1000 Amerykanów, której wyniki pokazały że młodzież nie uczy się w szkole o historii i kulturze Kanady, a ich wiedza na temat tego kraju jest jeszcze mniejsza niż  rodziców czy dziadków. Wielu Amerykanów sądzi, że wie, gdzie znajduje się najbliższe im przejście graniczne z Kanadą.  Tylko 48%  zna stolicę Kanady (z czego jeszcze mniejszy procent umie wskazać ją na mapie), a ok. 50% utrzymuje że nie widzi szczególnych różnic pomiędzy  kulturą amerykańska a kanadyjską.

Przykład zaczerpnięty z serialu:

-Marge Simpson: Musiałam dzisiaj przez 40 min tłumaczyć dzieciom,  gdzie na mapie leży Kanada.
-Homer Simpson: Wcale im się nie dziwię, ten kraj jest tak niepozorny.


Kanada

2)  Kanada jest wspaniała
Według ankiety Gallupa przeprowadzonej w lutym 2011r, ulubionym krajem Amerykanów jest właśnie Kanada ex aequo z Wielką Brytanią i Niemcami. Co ciekawe, sympatia wydaje się być obopólna, ponieważ Kanadyjczycy, w badaniu przeprowadzonym przez Larger Marketing (marzec 2011) w odpowiedzi na to samo pytanie wskazali Australię, Wielką Brytanię, Niemcy oraz Stany Zjednoczone. Ponadto Stany Zjednoczone uważają Kanadę za ważniejszego dla nich partnera w kwestii ekonomicznej niż np. Meksyk, co obala mit „niewidocznego sąsiada”.
Co przyciąga imigrantów do Kanady? Przede wszystkim jest to standard życia, bardzo wysoki w odniesieniu do reszty świata. Vancouver zostało uznane za miasto, w którym się najlepiej mieszka, wyprzedzając w rankingu Melbourne, Wiedeń czy Zurich. Poza tym chwalona jest również bezpłatna służba zdrowia, niski poziom przestępczości ( czterokrotnie niższy niż w USA), małe zagrożenie terroryzmem,  oraz prestiż uczelni kanadyjskich. University of Toronto należy do ścisłej czołówki najlepszych szkół wyższych na świecie zajmując 24 miejsce. Jeśli jeszcze ktoś nie czuje się przekonany, że Kanada jest  awesome polecam stronę: http://www.canadaisawesome.com/

3) Kanadyjczycy są wredni
Aby zrozumieć istotę problemu, należy odnieść się do mentalności Kanadyjskiej. Podobnie jak Polacy, Kanadyjczycy uwielbiają  narzekać . Według badań, ulubionymi tematami ich utyskiwań jest kolejno: pogoda, rząd, generalnie niezadowolenie ze swojego życia oraz Amerykanie. O Amerykanach krąży mnóstwo stereotypów, lecz nie wszystkie z nich są zupełnie bezpodstawne. Wyśmiewana jest na przykład amerykańska misja pokoju na świecie, przejawiająca się paradoksalnie nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Większość Kanadyjczyków uważa, że ich kraj powinien zachować neutralność w razie konfliktu USA z innym państwem (zdecydowaną opinię w tej kwestii mają zwłaszcza Quebecois), oraz że Kanada powinna strzec swoich interesów, nawet jeśli doprowadziłoby to do konfliktu zbrojnego z jakimkolwiek krajem.

Napis na płocie w Montrealu:


„JANKESI, WRACAJCIE DO DOMU.
 (ale przedtem skończcie u nas robić swoje zakupy)”

4) Kanadyjczycy są dziwni
Stereotypowy Kanadyjczyk ma na głowie toczek, zakrapia wszystko piwem albo syropem klonowym i całymi dniami ogląda mecze hokeja, bo to jedyny sport który zna. O ile oczywiście ma czas na siedzenie przed telewizorem i nie musi odśnieżać podjazdu spod niekończącej się lawiny śniegu. Jeśli  nawet ktoś słyszał że drugim narodowym sportem Kanady jest lacrosse, to i tak pewnie nie wie że to Kanadyjczycy wymyślili… koszykówkę. A konkretniej kanadyjski nauczyciel wychowania fizycznego- James Naismith, który przywiózł tę grę do Springfield w stanie Massachusetts.

humor


5) Kanadyjczycy są mili
Tak jak Eskimosi posiadają ok. 40 słów na określenie śniegu, tak Kanadyjczycy używają słowa „sorry” z okazji co najmniej 12 sytuacji. Można nawet pokusić się o uznanie ich za najbardziej przepraszający naród świata.  Kanadyjczycy przepraszają kiedy: przypadkowo na kogoś wpadną,  ktoś wpadnie na nich,  podczas rozmowy zadzwoni im telefon, ktoś im coś podaje, oni coś komuś podają, czegoś nie dosłyszą, opowiadają o jakiejś przykrej sytuacji, nie mogą sobie czegoś przypomnieć etc.
humor

-Knock knock

-Who's there?-Sorry-No, I'm sorry-No, I'm sorry

Przytoczona rozmowa jest fikcyjna, aczkolwiek dobrze pokazuje prawdziwy obraz sytuacji. Równie często jak przeprosin, Kanadyjczycy używają słowa „eh” które potrafi wyrazić absolutnie wszystkie emocje i zastąpić większość słów. Ale czy Amerykanie ze swoim „huh” albo Australijczycy z „aye” są od Kanadyjczyków w czymś lepsi?